Najgłębiej osadzam w sercu miejsca, które najgłębiej osadzone są w kulturze mojego kontynentu. Jestem Europejką właściwą, dlatego wskazuję dość wyraźnie moim czytelnikom, jak istotne, jak fundamentalne jest pokrewieństwo naszych dusz z burzliwą kulturą Włoch i wielowiekowym, wymownym wizerunkiem kultury greckiej.
Scilla – miejscowość, która przyciąga mnie silniej niż wywyższana w sensie rekreacyjnym Tropea – jest niekwestionowaną bohaterką wojażu po ciągnących się jak makaron cichych, lazurowych i wolnych wybrzeżach Kalabrii Południowej. W kwietniu jeszcze kojącej, już pachnącej jaśminem, już gotowej do rodzenia bergamotek, czyli cytrusów o słodko – gorzkawym smaku i silnym, kwietnym zapachu wykorzystywanym w herbatce Earl Grey; jesienią natomiast Kalabrii goryczkowej i dosadnie cytrusowej, ale nie tak odważnej jak woń cytryny.
Scilla jest moją opowieścią o Kalabrii, chociaż Kalabria nigdy nie będzie opowieścią o Scilli. Bo miejscowość Scilla ma swoją autonomię narracyjną i należą jej się specjalne rozdziały.
Był już głęboki wieczór, gdy stanęłam przed jej imieniem zatopionym w podświetlonych wodach fontanny. Do tego miasteczka wygodnie podróżuje się pociągiem, bo spotyka turystę ta Scilla przy dworcu i od razu nad morzem. Czy to się często zdarza, że tak dogodne są spacery z dworca do centrum?
Nocą zatem ładna jest ta fontanna z nazwą Scilla. Są kamienne ławki dla szukających samotni, dla wsłuchujących się w szum wód – bo przy fontannie, która serdecznie szumi w sercu przybysza, od razu stoi majestatyczne i stare morze. Morze Tyrreńskie zna tajemnice Scilli i zdradza je, zmieniając pozycję, budując napięcie, raz przypływając, raz odpływając. Tylko się wsłuchać i wiedzieć, do czego Scilla była zdolna a czego już nie zrobi.
Ale nie wieczorem usłyszałam opowieść. Wieczorem warto opowieści ludzkie w sercu przywołać, ponieważ od fontanny, wzdłuż linii fal, przy bezpiecznym świetle ulicznych latarni można spokojnie spacerować, zapomniawszy o życiowych błędach. Można oddać się swobodnym ruchom ciała i relaksującym myślom, ponieważ ten nadmorski deptak jest kojącym punktem na mapie opisywanej miejscowości, tym bardziej, że późnym wieczorem do swoich wnętrz wypełnionych muzyką i wesołymi, ludzkimi głosami zaprasza trattoria ,,Ermes”, przed północą jeszcze pełna gestów przy sztućcach i zabawnych min przy kieliszku wina.
Ten nadmorski deptak ma także inne walory, sąsiaduje bowiem z eleganckim hotelem ,,U Bais”, który polecam jako miejsce noclegu, tym bardziej, że jego funkcjonowanie łączy się z wieloletnią tradycją miejscowości a bliźniaczy budynek zaprasza także w dzielnicy Chianelea.
Jako gość odpoczęłam zatem w wykwintnych wnętrzach hotelu ,,U Bais”. Włoskie śniadanie podano w sali opasanej zielonymi kotarami, a do jedzenia zaproponowano crostatę, czyli klasyczne włoskie ciasto na kruchym spodzie wypełnianym marmoladą lub konfiturą morelową, może figową, może wiśniową, często przykrytą kratką z bulwiastych pasków. Nieśmiało pod nakryciem spoczywały także plastry salami i żółtego sera. W istocie – bardzo nieśmiało.
Śmiało o poranku należy wyjść z hotelu na spotkanie Skylli. Ciekawe są emocje tych, którzy wychodzą nad morze i wzrokiem sięgają końca wspomnianego deptaku. U jego zwieńczenia już od wieków trwa gigantyczne skaliszcze. Monolit z kamienia oblewanego wodami Morza Tyrreńskiego – tego właśnie akwenu, który nie może puścić pary z ust na temat biografii Skylli. Skalny twór nie może opowiadać za dużo, bo turyści nie odwiedzą miejscowości ze strachu, takie bowiem niebezpieczne zdarzenia miały miejsce wtedy, gdy rzecz Homer spisywał i ,,Odyseją” zatytułował.
W monstrualnym masywie nad brzegiem morza mieszkała nieszczęśliwa Skylla, która już nie mogła być piękną nimfą. Mogła tylko czynić zło. Mogła straszyć swoimi sześcioma żarłocznymi głowami. Pozostało jej tylko wspominać przeszłość i żałować, że nie dane jej było ułożyć sobie życia z rybakiem. Ach, gdyby nie bogactwo napływających z obszaru Grecji opowieści mitologicznych…
Dzisiaj Scilla to miejscowość rybaków, mężczyzn o pracowitych dłoniach i poczciwych sercach, zatem i biografię Skylli wywodzimy od rybaka. Glaukos był rybakiem, a każda jego godzina życia upływała nad morzem. Pewnego dnia jak zawsze złowił ryby, wyrzucił je na trawie i rozprostował kości, aby odpocząć. Ni stąd, ni zowąd ryby zaczęły samoistnie wskakiwać do wody, bo okazało się, że trawa nabrała magicznej mocy. Mężczyzna leżał na trawie wystarczająco długo, żeby i jego ciało irracjonalnie ożyło – stało się nieśmiertelne. Od tej pory człowiek o imieniu Glaukos spoglądał w lustro i widział siebie jako nieśmiertelnego, morskiego boga. Jego wygląd odstraszał, bo teraz posiadał zieloną skórę, rybi ogon i długą brodę, ale otrzymał też dar przepowiadania przyszłości, za co wdzięczni mu byli żeglarze i kłaniały się istoty morskie.
Bogowie też kochali, a Glaukos pokochał piękną nimfę Skyllę. Czy nereida odwzajemniła uczucie? Nie. Nie mogła pokochać, bo nie umiała zaakceptować wyglądu partnera. Zrozpaczony Glaukos zwrócił się o pomoc do czarodziejki Kirke, jednak to sprowadziło na niego jeszcze większe tarapaty. Nieodgadniona Kirke zakochała się w Glaukosie, nie bacząc w ogóle na Skyllę. Tak ją znienawidziła, że przy pomocy zatrutych ziół zamieniła morską niewiastę w potwora o sześciu głowach, z wężami zamiast nóg.
Niektóre wersje mitu podają, że trucicielką była Amfitryta. Wiadomo zatem, że cechy Glaukosa odnajdziemy i w Posejdonie. W mitologicznej opowieści pobrzmiewa echem fakt, że Skyllę zabił Herakles. Czujność jednak nakazuje zachować podejrzenie, że potworzyca Skylla w tej skale potężnej u zwieńczenia tego deptaku gdzieś tam pochrapuje, poleguje, czuwa, nasłuchuje, szykuje się do uniesienia cielska. Gdy tylko z falami coś dziwnego dziać się zacznie, lepiej deptak opuścić i schronić się…może w trattorii ,,Ermes”, może porozumiewawczo w hotelu ,,U Bais”.
Schronieniem dla myśli, ostoją dla biegnącego czasu, na pewno i odkryciem prawie archeologicznym jest rybacka dzielnica Chianalea. Czuli Podróżnicy, Intuicyjni Eksploratorzy, uwierzcie – tak niebiesko nigdy mi nie było! Niebo z chmurami w odcieniu baby blue, błękit nieba w południe jako sky blue. Stopy badające życie kamieni podmywa turkusowa fala, ale już przy odpływie fala razi tropikalną siłą. Intensywny i nasycony kobalt zarządza wieloma parami odrzwi, które tak swojsko działają na turystów, na biura turystyczne, na handlarzy posterami i tapetami – bo co jak nie drzwi i okna fotografujemy we Włoszech! Także w Grecji – bo drzwi i okienka w małej wiosce rybackiej Chianalea trzymają grecki fason ze względu na fakt, że wszystkie dzielnice w miasteczku Scilla podporządkowane są pani kilku pomników, nieszczęśnicy z kilku fasad, bohaterce kilku ceramicznych mozaik. Skylla rządzi tym miasteczkiem. Skylla przyciąga turystów. Skylla przywołuje czujnego podróżnika do zapamiętania pojęcia Wielka Grecja (Wielka Hellada).
Kobaltowa była prawie co druga łódź rybacka w miarę nowa, przez kobalt prześwitywało zmoczone drewno łodzi starych. W kobaltowej misce ukrył się wyjątkowo pięknie ubarwiony kot, który – wzruszająco siorbaniem zwykłej wody zajęty – stał się bohaterem pamiątkowej fotografii. Do fotografowania ustawiały się koty z całej rybackiej wioski – myślę, że ich obecność rozczulała każdą przechodzącą osobę. Nie sposób przejść obojętnie obok kociej umiejętności dialogowania z istotami o bijącym sercu, nie sposób nie zauważyć zażyłości rybaków, barmanów i sklepikarzy z czworonożnymi przedstawicielami handlowymi tych lokalnych przestrzeni: to pogoń za kotem wskazała mi rynnę w granatowym odcieniu szafiru, wywiodła mnie na wzgórze pachnące ciężkim jaśminem, to dla kota usiadłam przy starzonym na turkusowo drewnianym stoliku.
Przy stoliczku w wiosce rybackiej Chianalea usiadłam zahipnotyzowana pięknym polskim słowem ,,Zapraszamy!”. Stanu takiego jako Polka doświadczyłam w kameralnej winiarni ,,Casa Vela” przy Via Annunziata 18, co w tej chwili okazuje się dla tej winiarni pozytywnym epizodem. Czujni Podróżnicy, tam siądźcie; tam poczekajcie na kota; z tego miejsca rzucicie okiem na sklep z bibelotami, w którym pracuje wystrzałowy gość z rybacką, zapuszczoną brodą; to jego dłoń wypisała na desce ,,A Scilla si puo fare niente”.
Niczego spektakularnego nie robiłam w Scilli – to fakt. Powoli nogę za nogą prowadziłam w głąb uliczek; z uwagą przeszukiwałam kamienne mury, strome zejścia między rybackimi, podniszczonymi kamieniczkami; zaglądałam badawczo do pozostawionych łodzi, gdzie piętrzyły się niechciane sieci, pogięte pręty, zwinięte żółte i zielone liny, nadpęknięte wiadra, miski i beczki. Sfotografowałam pilnujące zacienionych ulic wodopoje i fontanny. Oceniłam świeżość wiszących na sznurach fatałaszków – jednak wiszących w okolicy podmokłej, zacienionej i trącącej targiem rybnym. Unosiłam głowę, żeby na fasadach rozpoznać zawieszone dekoracyjnie sieci rybackie, koła ratunkowe, muszle, drewniane lub metalowe fragmenty kutrów rybackich.
Czytałam ważne znaki: często widziałam wizerunek wyciętej w blasze ,,grubej ryby”, czyli nie inaczej jak podwodnego mafiosa, który razem z tą Skyllą zarządza miasteczkiem i potrzebami mieszkańców.
Bo mieszkańcy bardzo potrzebują miecznika i jego zarówno gospodarczego, jak i tożsamościowego znaczenia.
Wiele rodzin – jak można wywnioskować z unikatowości wioski Chianalea – utrzymuje się z rybołówstwa. Rezolutnie prowadzi rodzinę ten mężczyzna, który potrafi nawigować łodzią o tradycyjnej nazwie passerella. Passerella to łódź z wysokim masztem i wysuniętą w morze wąską platformą, z której wypatruje się miecznika. Szybki, niemal teatralny gest – harpun i walka z cienistą sylwetką ryby przemierzającej błękitne głębiny. Po cóż tak się starać? W jakim celu o łódź dbać? Połów miecznika to lokalny styl życia i bycia. Wieczorami bywa się w obiektach gastronomicznych i z menu wybiera się mięso miecznika grillowane, marynowane, cięte jako carpaccio. W menu pesce spada (swordfish) to szanowny, soczysty miecznik w kolorze jasnoróżowym, o smaku lekko słodkawym.
Polowanie na miecznika to sztuka wymagająca precyzji i doświadczenia, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Obraz ryby z wydłużonym nosem znajduje się w kalabryjskiej sztuce, w kalabryjskich księgach kucharskich, w obrębie kalabryjskiego folkloru. Pragmatyzm wskazuje, że najobfitsze połowy mają miejsce w zatoce przy miejscowości Scilla. I nie może dziwić fakt, że wielu mieszkańców uznaje miecznika za symbol siły, wytrwałości i odwiecznego zespolenia z morzem. W Scilli co roku organizowane są festiwale związane z połowem miecznika – koncerty, procesje, degustacje. Miecznik zatem tak jak wielu świętych w Italii – ma swój czas. Wtedy wyniesiony, podawany jako atrybut z ręki do ręki, dotykany przez każdego – mówiąc trochę żartobliwie.
W Scilli, maleńkim nadmorskim miasteczku u stóp Kalabrii, morze nie jest tylko tłem – ono żyje w sercach mieszkańców. I jeśli miałoby mieć twarz, byłaby to twarz miecznika – dumnej, smukłej ryby, która od wieków splata losy ludzi z rytmem fal. W porcie czuć zapach soli i rybiego tłuszczu, a opowieści o największych miecznikach krążą jak morskie legendy.
Tylko Skylla czuwa bacznie nad tym, żeby jej pomnik był właściwszy, dostojniejszy i częściej fotografowany. Pomnik Skylli – unieszczęśliowiona potwora w konwulsjach stłamszonej kobiecości. Miecznik – tragiczny wojownik z głębin w konwulsjach konającej mocy.
Skylla mieszka na kontynencie w miejscowości Scilla. Charybda mieszkała po drugiej stronie Cieśniny Mesyńskiej i jako wir morski trzy razy dziennie wciągała wodę a z nią okręty wraz z żeglarzami. Także trzy razy dziennie wypluwała zawartość swoich gigantycznych haustów. Homer w poemacie epickim ,,Odyseja” postawił czytelnika przed fatalistycznym (fatum) wyborem: niech oceni, jaką drogą w życiu się kierować.
Czarodziejka Kirke ostrzegła Odyseusza, że będzie musiał wybrać mniejsze zło. ,,Odyseuszu, gdy zaryzykujesz, Charybda być może nie wciągnie twojego okrętu, jednak gdy do tego dojdzie – wszyscy zginą. Odyseuszu, gdy będziesz zachowawczy, na pewno zginie 6 osób, inni natomiast przeżyją – bo Skylla ma tylko 6 głów”.
Cała moja opowieść o miejscowości Scilla zasadza się na podobnym skojarzeniu. Podróżniku, gdy będziesz zachowawczy, to odwiedzisz 6 włoskich miast, którymi mogą być Rzym, Florencja, Mediolan, Wenecja, Neapol, Bari. Tak jak z tymi sześcioma osobami – miasta są bardzo ważne, nie można wyobrazić sobie życia bez nich.
Podróżniku, gdy będziesz ryzykantem, to może dojść do tego, że pokochasz śmierdzącą rybami wioskę rybacką Chianaleę. Wydasz pieniądze na zakupienie ,,Odysei”, książki starego pieśniarza o imieniu Homer. Porzucisz wizję szablonowych wyjazdów ,,all inclusive” na rzecz kulturowych odysei do własnego wnętrza, do wnętrza europejskich tradycji. Znienacka staniesz się smakoszem miecznika – czegoś, co symbolizuje rzadkość, wyjątkowość, ale i nietakt (wysoka zawartość rtęci).
Znaleźć się między Scyllą a Charybdą to związek frazeologiczny sugerujący sytuację bez wyjścia. W miejscowości Scilla zawsze jest wyjście – wiele wyjść nad morze, wiele wyjść do trattorii na miecznika, wiele wyjść z krętej uliczki.
Karolina Potocka – nauczycielka języka polskiego, przewodniczka, edukatorka, menagerka oświaty kulturowej, mobilnej, outdoroowej. Poszukiwaczka polskich skarbów literackich między włoskimi skałami, wśród włoskich tablic pamiątkowych. Pomysłodawczyni autorskiej agencji turystyczno – edukacyjnej ,,TO SQUANIA KU HOMEO”. Kierowczyni białego jeepa mknąca przez włoskie drogi w imię idei Taxi Italiacaffe. Smakoszka polsko – włoskich komnat zamkowych, koneserka architektury pałacowej, aksjolożka katedralnych sklepień. Odyseuszka w czerwonym kapeluszu – zawsze w drodze powrotnej do korzeni Europy.